<br><br>
<span style="font-size: 18px;"><strong>Nowy Delfin Zaprasza : </strong></span><br /><br /> <a href="http://czarnydelfin.forumpl.net"><img src="http://imageshack.com/a/img268/2677/8lpv.png" /></a>


.
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Sob 22 Cze 2013 - 18:39

Izolatka chyba w zasadzie była błogosławieństwem, którego nie dane mu było doświadczyć. Morozow po trzech tygodniach całkowitej wolności, spacerowania po lasach i wspinania się na górskie szczyty, gdzie znalazł ciszę i spokój, wrócił do więzienia. Było to jak zderzenie z rozpędzonym tirem. Delfin był głośny, mało tego - ciasny. Osa gdzie nie spojrzał, widział nie tylko zło, ale też cierpienie i powolne umieranie. Mimo wszystko; mimo tego, że powinno go to przygnębiać - tak, jak działo się to przez ostatnie lata spędzone w zakładach karnych - mimo, że miał styczność z tym, czego nienawidził najbardziej; mimo, że miał świadomość, że tymi korytarzami spaceruje także jego ojciec; nie był specjalnie ponury. Wciąż miał w pamięci hulający w górach, ogłuszający szumem wiatr, gorące słońce puszczające oślepiające błyski na tafli jeziora, zapach lasu i świeżego po stokroć powietrza. Stojąc na szczycie jednej z gór Uralu, patrząc na Rosję z tej perspektywy, czuł się pierwszy raz od śmierci przyjaciela, prawdziwie szczęśliwy. Widział to piękno gołym okiem, oddychał... Myśl, że istnieje coś poza murami tego miejsca, dodawała mu energii, częściowo absorbowała negatywne wpływy JUK25/6. Nie musiał mieć tego w zasięgu ręki, nie musiał nawet mieć nadziei na to, że kiedyś to zobaczy ponownie. Zderzenie z tirem w tym przypadku przypominało lekkie pchnięcie palcem między łopatki. Wszyscy to zauważyli, ale zamiast korzystać z niezwykle dobrego humoru osy, pierzchali przed nim w kąty szybciej niż zwykle. Nadzorcy zgodnie chyba stwierdzili, że to posłuszeństwo i dobre zachowanie, to cisza przed burzą. Raczej unikali jakichkolwiek konwersacji z nim, obserwowali uważnie, ba, nawet pozwalali mu na więcej - zupełnie jakby chcieli go sprowokować do jakiegoś wyskoku. A Morozow zastanawiał się, dlaczego jeszcze żyje. Miał w sumie dość poważne przesłanki.
Zanim go złapano, Sasza już wiedział, że nie zostało wiele czasu do tego, by go aresztowali. Wiedział, bo sam zostawił ślady. Przez równo dwadzieścia dni dołożył wszelkich starań, żeby go nie znalazł nikt. Wybrał miejsce w puszczy na stoku góry, gdzie mieszkał pewien staruszek. Morozow zachował się zupełnie nieadekwatnie do historii opisanych w jego aktach. Zaryzykował. Widział, że ów mężczyzna, zapewne kiedyś silny i wytrwały, nie może pogodzić się ze starością, która dopadła go jakby znienacka. Może się to wydawać niezwykle dziwne, ale Sasza podszedł do niego, kiedy ten odpoczywał w trakcie rąbania drewna, prawdopodobnie na zimę. Spytał czy mu pomóc, ale tak naprawdę nie czekając na odpowiedź wziął siekierę i zaczął rąbać drewno. Rozmawiali w trakcie. Dziadek opowiadał mu o tym, że kiedyś, tak jak osa podejrzewał, miał tyle siły, co on. Narzekał na to, że ciężko mu się pogodzić z tym, że zbliża się do wieku, w którym nawet wejście po schodach sprawia trudność większą niż kiedykolwiek sprawiało mu chodzenie po górach. Spytał Morozowa o to, co go sprowadziło w miejsce, w którym diabel mówi dobranoc.
- Chciałem po prostu uciec od rzeczywistości. - odpowiedzial mu zgodnie z prawdą. Staruszek pokiwał głową w zamyśleniu.
- Do tego stopnia było ci z nią źle, że nie zabrałeś ze sobą nawet butelki wody? - w jego głosie czaiło się rozbawienie, ale nie śmiał się z niego. Skazaniec czuł życzliwość jaka od niego biła i chyba to sprawiło, że nie potrafił odpowiedzieć. - Wiesz... Widzę dużo rzeczy. Może nawet dostrzegam coś, co sam odpychasz.
Sasza opuścił siekierę w pół zamachu i spojrzał na niego. Ciężko opisać, co wtedy poczuł. Nie był zły, nie był zirytowany. Chyba się bał, że staruszek zabierze mu siekierę i każe się wynieść. Jednak on tylko uśmiechnął się i przystawił dłoń do ust, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek, nawet pies leżący na werandzie domu, usłyszał jego słowa.
- Dobro tłumione, to złość murowana.

Z początku nie zrozumiał, co tak naprawdę chcial mu powiedzieć staruszek. Ale ten dał mu szansę zrozumieć, zapraszając go do siebie. Słysząc, że chłopak tak naprawdę nie ma i nigdy nie mial domu, zaproponował mu schronienie, chociaż na jakiś czas. Opowiedział mu bardzo wiele o sobie, o swojej historii. Morozowa zadziwiało to, że ani razu nie spytał o niego. I nie pozwalał mu siedzieć w miejscu. Kazał mu wstawać wcześnie rano, żeby nakarmić psa. Kazał mu oczyścić dach. Piwnicę. Odmalować warstwę zabezpieczającą drewniany dom przed wilgocią. Osa ani razu mu się nie sprzeciwił. Nie czuł jakby nim komenderowano. Do tego stopnia, że sam pytał co jeszcze trzeba zrobić. I któregoś dnia usłyszał odpowiedź, która dosłownie wbiła go w ziemię.

- Idź w góry, spójrz w jakim miejscu jesteś. - staruszek jak zwykle uśmiechnął się życzliwie. - Żyj, Morozow. Tego chciałeś, wiesz już jak to wygląda. I przestań tłumić to, co dobre, bo z twoim zapałem możesz naprawić wiele. Może to nie będzie twoje życie, ale możesz pomóc komuś. Dobra nie da się wymazać z życiorysu.
Sasza był przerażony. Znał go? Dlaczego pozwolił mu tak długo tu przebywać? Powinien zamknąć go w tej piwnicy i zadzwonić po policję. Bronić się.
- Do cholery! Nie patrz tak na mnie! - zbulwersował się, widząc strach w jego oczach. - Czuję się jakbym conajmniej cię uderzył, kiedy tak patrzysz. Wiem kim jesteś. Wiem co zrobiłeś. Ale twoje ciało mówi, że miałeś powód. Każda twoja blizna, to wystarczający powód, żeby zamknąć się w sobie i odpłacić pięknym za nadobne. Jednak spróbuj uwierzyć w to, że nawet jeżeli nie możesz zawrócić ze ścieżki, możesz wybrać własną drogę, a nie kontynuować bezmyślny spacer do piekła.
I wtedy Morozow zdał sobie sprawę z tego, że to nie on pomagał staruszkowi. To staruszek pomagał jemu. Przestraszył się tego. Nie zrozumiał i ściągnął sobie na głowę antyterrorystów. Nie mógł spojrzeć w oczy tego człowieka i dopiero, kiedy zakutego w kajdankach, wsadzili go do wozu, uchwycił wzrok staruszka, który uśmiechnął się do niego i pomachał mu jakby gdyby nigdy nic na pożegnanie.

Wbrew pozorom Sasza nie leżał bezczynnie na pryczy więziennej, rozmyślając i tęskniąc za ostatnimi trzema tygodniami. Przez większą część poranka reperował nawierzchnię boiska, w którym po jakichś nawałnicach powstały znaczne ubytki. Było to żmudne zajęcie polegające na "zabawie" z łopatą i ciężkim młotem. Dodatkowo słońce już od wczesnych godzin porannych usiłowało usmażyć jego plecy. Miał w sumie wrażenie, że jakby rozbic mu jajko między łopatkami, ścięłoby się w kilka sekund. Potem, kiedy skończyła się pora obiadowa, miał zamiar dokończyc pracę, ale w zasadzie bez słowa zaprowadzono go do gabinetu terapeutycznego. Miał chwilę poczekać, więc własnie oto stał na korytarzu w towarzystwie nie dwóch a czterech strażników. Z nudów próbował sprowokować chociaż jednego z nich do czegokolwiek w sumie. Wbijał wzrok w jego twarz, a kiedy spojrzał na niego, wymownie przeniósł go na jego krocze i z powrotem do oczu. Strażnik odruchowo położył dłoń na paralizatorze. Niby osiągnął swój cel, ale i tak chciał zobaczyć do jakiego momentu będą tolerować jego bezczelność. Odchrząknął, zwracając uwagę reszty i skutymi rękoma wskazał na jego spodnie.
- Te, wyjmij te krótkofalówkę z kieszeni, bo przez chwile pomyślałem, że ci stoi.
- Nie odzywaj sie niepytany. - burknął strażnik obok niego w obronie zaczepionego kolegi.
- Chciałem być miły. - wzruszył ramionami, wpatrując się w paralizator tamtego. - Załozysz się że na najwyższych obrotach przez 10 sekund bedę stał na nogach i jeszcze grzmotnę cie w pysk?


_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 10:17

- Każdy człowiek zasługuje na drugą szansę, przecież dobrze o tym wiesz, Niko - powiedziała miękko jego siostra - każde zachowanie jest spowodowane tym, co się przeżyło.
- Wiem, ale nasłuchałem się o nim na tyle duże, że nie wiem, czy będę potrafił cokolwiek zdziałać - odparł z wątpliwością w oczach.
To nie był pierwszy raz, kiedy śpiąc, widział siostrę. Była wręcz jego kopią pomimo tego, że była o trzy lata młodsza.
- Nie różnimy się prawie niczym od zwierząt. Każdy człowiek ma zwierzęce odruchy i zachowania - zaczęła, wiedząc, że on dokończy słowa.
- Ale tylko człowiek za swoje krzywdy krzywdzi innych.
Westchnął ciężko, patrząc się na sylwetkę kobiety ze swego rodzaju żałością w oczach. Teraz wierzył w te słowa, a wcześniej-nie bardzo. I przez to jego siostra nie żyje. Teraz była już tylko jawą i wytworem jego umysłu. Wieczne wyrzuty sumienia. Po czasie przyzwyczaił się, że w ten sposób reaguje na stres przyniesiony z pracy do domu. Rozmawia we śnie praktycznie sam ze sobą.
- Wiem, o czym myślisz. W tym wypadku masz rację, ale pamiętaj, że zawsze będę przy tobie i przy Dymitrze. A tak poza tym, niepotrzebnie się przejmujesz. Dasz sobie radę, braciszku, jak zawsze.


Pikające ustrojstwo powszechnie zwane budzikiem skutecznie wyrwało lekarza z rozmyślań. O cholera. Ósma dwadzieścia. A pracę zaczyna o dziewiątej. A dojazd trwa pół-godziny. Szlag by to trafił branie nocek!

* * * *

- Ej, Soor, Sor! Żyjesz jeszcze? Czy umarłeś zanim jeszcze spotkałeś się z Morozowem? - jeden z niewielu lubianych przez lekarza klawiszy szturchnął go w ramię - dlaczego zawsze we wtorki bierzesz nocki, skoro w środy masz pracę na dziewiątą?
- Bo przynajmniej wtedy nie mam siły zamordować opornych więźniów i wtrącających się w nie swoje sprawy nadzorców - warknął cicho, obdarzając klawisza nieprzyjemnym spojrzeniem.
- Opornych? Nie wiedziałem, że molestujesz... - urwał, widząc morderczy wzrok terapeuty - wiesz co, żeby spojrzenia mogły zabijać połowa z nas padłaby trupem pod twoim. Rozluźnij się nieco, doktorku.
- A idź do Diabła i mnie nie dręcz - mruknął, upijając łyk kawy.
Siedział sobie na krześle w jednym z pokoi dla personelu i wpatrywał się przed sylwetkę mężczyzny przed sobą. Najwyraźniej na chwilę przysnął podczas przerwy obiadowej, ale skoro kubek nie wypadł mu z ręki, raczej "drzemka" zbyt długo nie trwała.
- Do Diabła to zaraz pójdziesz ty, młodszy Morozow na Ciebie czeka - słysząc te słowa wywrócił oczami.
- Co wyście się tak na niego zawzięli? Z tego co wiem, ostatnio jest spokojny - teraz to klawisz obdarzył go kpiącym spojrzeniem.
- Nie znasz tej osoby, Sor. Nie było cię tu przedtem. Może dlatego jako jedyny nie masz oporów, by się z nim spotkać na sesji terapeutycznej. Robimy zakład? Mogę się założyć, że pod twoim gabinetem będzie bójka pod tytułem "Sasza vs, klawisze", co ty na to? - nadzorca aż zatarł ręce, wyczuwając zysk.
- Twoi koledzy po fachu nie dadzą się zirytować, a być może on nawet nie próbuje. O co się zakładamy? - przecież nie może mu dać satysfakcji i odmówić, prawda?
- 2000 rubli i jak ja wygram wyciągam cię do klubu i masz poderwać wskazaną przeze mnie osobę, jasne? - mężczyzna wyszczerzył się do terapeuty, jak dziecko zadowolone z prezentu.
- Niech ci będzie, jak ja wygram, kasa jest moja, a ty całujesz Agranowicza - lekarzowi zadrgały delikatnie usta w uśmiechu.
- Że co!?
- Ej, przecież jesteś pewien wygranej, czyż nie?
Ze złośliwym uśmiechem wstał i udał się w kierunku swojego gabinetu wraz ze... znajomym nadzorcą. Tak to można określić. W każdym bądź razie w pewnym momencie dostrzegł jakieś osoby pod swoim gabinetem... kto wygrywa zakład?
Powrót do góry Go down
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 12:46

- Idziesz o zakład? A co postawisz? Paczkę papierosów? Swoją własną żałosną dupę? - zakpił jeden z czterech klawiszy stając bezpośrednio za nim i mówiąc prosto do jego ucha. Morozow już miał odszczeknąć chamskim tekstem, zupełnie jakby niezbyt go to ruszyło, chociaż w rzecztwistości zagotowało się w nim z wściekłości i tłumionego od 13 lat żalu, kiedy klawisz za nim całkowicie rozwiał jego spokój i dobry humor. Osa poczuł jego oddech na karku, dłoń zsuwającą się po jego biodrze na pośladek. Czerwony zdążył rzucić jeszcze chamski tekst, który powinien raczej wyjść z ust Morozowa: 
- Chcesz być miły? To bierz się do roboty, Aleksandriej.
Wiedział co zrobić. Czy raczej... Jego cialo wiedziało. Nikomu nie pozwoli powtarzać tekstów jego ojca. Ani czynów. Możliwe że osę ruszyło także to, że klawisz za nim miał łudząco podbny głos. Rzucił się do przodu i za chwilę poczuł uchwyt pod ramionami. To właśnie chciał osiągnąć. Zanim klawisz zastosowal blokadę na jego kark, odchylił głowę daleko w tył i z dwóch nóg kopnął klawisza przed sobą. Szarpnięcie przewróciło także tego za nim. Grzmotnęli obaj o podłogę, a Sasza w calym zamieszaniu wypiął z kabury pistolet i niewiele myśląc przytknął go do pierwszej części ciała klawisza, który właśnie próbował się wyplątać z zaciśniętych na jego szyi nóg Morozowa i strzelił. Kolano. Mężczyzna zawył wściekle i zamiast się wyszarpywać próbował sięgnąć po paralizator. 
- Kurwa, nie no żarty jakieś? - warknął więzień i szybko przetoczył się, co było utrudnione przez skute z produ ręce. Zawinął ze sobą klawisza, żeby zasłonić się przed tamtymi, którzy już śpieszyli na ratunek. W efekcie wszyscy jebnęli na ziemię. Morozow jednak doliczyl się tylko trzech, ale zanim się obrócił jak w zwolnionym tempie zobaczył lecącą w jego kierunku pałkę policyjną. Zdążył tylko przyjąć uderzenie na twardą część ramienia, żeby uniknąć utraty przytomności, przez punkt uciskowy. Wtedy, obrocił się i podciął tamtego. Strzelił mu w kolano, ale co z tego. Ich było czterech. Trzech mógł zdyskwalifikować, ale czterech nigdy mu się nie udało. I właśnie ten czwarty dał czas pozostałym, żeby podbiegli do niego we dwóch i niemal łamiąc nadgarstek wytrącili z dłoni pistolet. Sasza wiedział, co teraz nastąpi, zwinął się na podlodze chroniąc potylicę i zbierając na siebie kopniaki metalowych czubów od butów. 
- Morozow, kurwa, izolatka cię czeka. - rzucił tamten, pierwszy którego postrzelił, najwyraźniej przełozony tamtych. - I nie licz na to, że odpuszczę. Podpadłeś.
Znowu czul oddech na swoim karku. Znowu ten sam głos. Nigdy nie pokonal czterech na raz? No to pora złamać tą tezę. Powoli opuścił dłonie z potylicy, tak, żeby widzieli dokładnie co robi. Dwóch było uszkodzonych, jeszcze dwóch. I nie mogli się spodziewać tego, że Aleksandriej Morozow, który w ich mniemaniu był zbyt głupi, żeby stosować manipulacje, powie i zrobi to, czego spodziewali się najmniej. 
-Przepraszam. Mogę wstać? - uśmiechnął się potulnie, kątem oka obserwując tego najważniejszego. Szarpnęli go w górę. - Wyluzuj. Przecież możemy się dogadać, tak czy nie? -klawisze spojrzeli po sobie nerwowo. - Mi też brakuje trochę, ekhm, czulości. - Nie było mowy, żeby go przejrzeli, szczególnie, że na ich twarzach pojawiły się kpiące uśmieszki. - To co, przyjdziesz do mnie? - uśmiechnął się zaczepnie i powoli podniósł dłonie, żeby sięgnąć jego kołnierza. Klawisz drgnął, obserwując go uważnie. Osa dał mu znać bezgłośnie poruszając wargami, żeby się zbliżył, bo chce mu coś na ucho powiedzieć. I tamten o dziwo pochylił się, udając że przeszukuje jego kieszenie, czy czegoś czasem nie zwinął przy okazji bójki. 
 - Wygrałem, skurwysynu.
Zanim się zdążył cofnąć, Morozow wbił zaostrzone za młodu zęby w jego tętnicę. Ci, którzy go trzymali, w odruchu szarpnęli go do tyłu, dzięki czemu zafundowali swojemu przełożonemu pobyt w szpitalu i zwolnienie lekarskie. Mężczyzna niemal od razu przewrócił się na podlogę, a Osa skorzystał z ich zaskoczenia. Jednego kopnął w zranione kolano, drugiego z lokcia w splot sloneczny, powodując chwilowy paraliż tych mięśni. A kiedy trzeci wycelował w niego paralizatorem podbił go kopniakiem tak, żeby trafił w szyję kolegi. Dwóch zdyskwalifikowanych. Obrócił się zgrabnie i z półobrotu jebnął go w łeb pozbawiając chwilowo wzroku. Dobrze mu szło. Dobrze, póki nie pojawił się piąty strażnik. Nie wiadomo skąd i dlaczego. We dwóch zwalili go na ziemię, żeby unieruchomić ręce pod jego własnym cialem. Szybko dostał długiego i bolesnego shota paralizatorem prosto w kark. Cudem nie stracił przytomności, ale nie za bardzo mial siłę walczyć. Ochotę też stracił. W całym starciu nawet nie zauważył, że coś mu się stało. Dopiero teraz poczuł, że przy każdym oddechu coś strzela mu w żebrach. I że jego bark jest znacznie poluzowany. Dodatkowo poczuł, że gorąca krew - jego własna - spływa mu od połowy uda w dół. Pierwszy raz dali się sprowokować od jego powrotu, a i tak on był jednym z mniej poszkodowanych. Im bardziej się zastanawial nad tym, tym więcej pytań kotlowało mu się w głowie.

_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 13:29

- Przegrałeś, Sor - rzucił kolega, przypatrując się czwórce klawiszy i więźniowi.
Lekarz zacisnął lekko usta w wąską kreskę, obserwując wszystko uważnie. Jakim. Pieprzonym. Prawem. Tykają. J E G O. Więźnia. Przed. Spotkaniem. Nadzorca szybko wyczuł, że obecnie wręcz czuć chłód od lekarza i przezornie odsunął się o krok. Wbrew wszystkiemu wolał nie ryzykować. A powinien podbiec i pomóc, pomimo tego, że miał przerwę, ale szczęście w nieszczęściu pojawił się kolejny nadzorca, który wspomógł kolegów po fachu.
A na jego twarzy pojawiła się kamienna maska. Aktualnie wzrok lekarza można było porównać do najniższej temperatury, którą dotychczasowo zanotowano na ziemi.
- Za pięć minut nie chcę widzieć nikogo pod moim gabinetem. Zobaczę choć jednego nadzorcę, osobiście poskładam na was wszystkich skargi na nadużywanie swoich praw i utrudnianie mojej roboty. Lepszego zajęcia sobie nie wymyślicie, niż maltretowanie więźniów? A potem to lekarze muszą was składać i wysłuchiwać bezsensownego złorzeczenia. Połowę moich terapii szlag trafił przez was i musiałem wszystko zaczynać od nowa. A teraz jazda do Nathaniela bądź Nadii, bo ja was składać nie będę - nie dał sobie przerwać, o nie - czasami zastanawiam się, czy wasze IQ wynosi chociaż jeden. Tak ciężko zrozumieć moje słowa. Nie Tykać. Więźnia. A może jesteście na tyle zadufani w sobie, że dajecie się sprowokować w momencie, gdy ktoś wam ubliża chociaż w maleńkim stopniu? To gratuluję, po prostu świetnie. Boże, za jakie grzechy muszę pracować z takimi ludźmi. Macie za swoje, tak na marginesie. Wbić sobie to zakutych łbów, że jeśli następnym razem więzień, który przyjdzie do mnie na terapię zarobi od was choć jednego kopniaka, osobiście wam nogi z dupy powyrywam i waszymi flakami ku przestrodze innych ozdobię swój gabinet. I wątpię, by dyrektor bądź vice-dyrektor zwrócił na to większą uwagę.
To akurat było małe kłamstwo, ale z drugiej strony terapeuta dorobił sobie opinię człowieka, który nie rzuca swoich słów na wiatr. I że często jego słowa są umiejętnie dobraną przenośnią. A jego ton aktualnie brzmiał, jakby chciał im wszystkim pourywać łby. Mało temu, jeśli ktokolwiek odważył się pisnąć choć słowo to podnosił głos i dawał osobistą reprymendę, jakby przemawiał do niesfornych szczeniaków. Chyba wam się we łbie poprzewracało, nawet poboczna osoba mogła wyczuć, ile w tym momencie tłumionej zimnej furii ma w sobie lekarz.
- Michaił, możesz proszę dopilnować, by znaleźli się w szpitalu? Bo pozdychają i na mnie będzie - westchnął w końcu ciężko - kluczyk do kajdanek Morozowa też poproszę. BEZ. DYSKUSJI. Jasne?
Ostatnie zdanie nie kierował już do jednego z bardziej lubianych przed siebie nadzorców, tylko do całej reszty. Podszedł w kilku krokach do Saszy i uniósł lekko brwi do góry.
- A wy jeszcze go trzymacie? Już powinniście z kumplami być w gabinecie u któregoś z lekarzy. Złazić mi z niego i trzymać się z daleka od mojego gabinetu. Ale już! - naprawdę dużym błędem byłoby teraz wykłócanie się z terapeutą i każdy to widział i powinien wiedzieć.
Głównie dlatego Michaił nie powiedział ani słowa w komentarzu.
Była godzina, o której Sasza powinien być już w jego gabinecie, stąd też prawo do takiego opieprzu. Zresztą i tak był on delikatny.
-Dasz radę wstać, panie Morozow? - spytał się Osy, kucając obok niego.
Powrót do góry Go down
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 14:25

Leżał na ziemi bez ruchu. Wyraźnie czuł kolano wbijające się w jego kręgosłup i paralizator oparty o jego kark. "Ubóstwiał" wręcz uczucie po tak silnym i długim porażeniu prądem. Całe ciało go bolało, a mięśnie wpadły w niekończący się ciąg mikroskurczów. Ledwo mógł oddychać, szczególnie, że klawisze opierali się o niego praktycznie całym ciężarem. Słyszał jak dyszą z wysiłku, jak po dłuższym biegu. Sam był zmęczony. Zorientował się, że robi mu się zimno i lekko go zamroczyło. Ozywiło go nieco pojawienie się następnych osób, w tym lekarza, który miał z nim przeprowadzić terapię. Miał zamknięte oczy, ale na jego słowa uchylił lekko powieki i spojrzal na niego. A potem na jego wargach wykwitł uśmiech pełen satysfakcji. W końcu ktoś poustawia to towarzystwo, chociaż trochę. Cóż za upokorzenie dla nadzorców, żeby terapeuta, w obecności jednego z najniebezpieczniejszych skazańców, opierdolił ich, nie zostawiając suchej nitki na żadnym. Z pewnością zdawali sobie sprawę z tego, że Morozow wykorzysta to jak tylko będzie miał ku temu okazję. Na razie gwizdnął z podziwem i uśmiechnął się paskudnie, przenosząc wzrok na ich przełozonego, któremu jeden z nich próbował zatamować krwotok z tętnicy. Skurwysyn patrzył na niego i dobrze, bo osa zasznurował usta jak do buziaka. A potem odwrócił wzrok czy raczej zamknął oczy, próbując przeczekać jakoś wszystko. Zaczynała go boleć głowa od tego wszystkiego. Nawet kiedy terapeuta kazał im go puścić i rzeczywiście ciężar zniknął z jego pleców, Sasza nie miał najmniejszej ochoty nawet się poruszyć. Ostatecznie na pytanie lekarza, skierowane bezpośrednio do niego, otworzył oczy i nie odpowiadając, ani nie obdarzając go spojrzeniem, przekręcił się na plecy. Podciągnął kolana do brzucha i kopnął nogami w górę, wstając jak mistrz wschodnich sztuk walki i podpierając się skutymi dłońmi z przodu. Podniósł się z kucek i odciążył nogę, po której ściekała krew, dopiero teraz orientując się, że przez całą dlugość uda ma glębokie rozcięcie od noża. Potrafil nawet ocenić, że było to narzędzie ząbkowane, nie takie jakie noszą przy sobie żolnierze. Wciąż nie bardzo mógł złapać oddech, podniósł ręce i przedramieniem otarł twarz z krwi nadzorcy. A potem odchylił głowę lekko do tyłu, rozluźniając przełyk i wziął głęboki wdech. Kilka sekund zatrzymał go w płucach, żeby wypuścić jednocześnie sięgając do kieszeni po papierosy. Szybko wyjął jednego i odpalił skradzioną komuś zapalniczką. Przymrużył oczy i obrócił się wreszcie przodem do lekarza. 
- Jak widać. Nie jestem słabą ciotą, jak niektórzy. - spojrzał na klawiszy, którzy zgodnie z zaleceniami terapeuty sprżątali swoje dupska z korytarza. Zaciągnął się, patrząc w oczy terapeuty z niezrozumiałym błyskiem w oczach. Zupełnie jakby próbował zdecydować, w którą szufladę włożyć jego osobę.

_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 18:47

Gdy w trakcie jego mówienia, Sasza gwizdnął obdarował go zirytowanym spojrzeniem.
- A ty siedź cicho! Jestem o 2000 rubli do tyłu przez Ciebie i tych baranów! Znalazł się mądry ze stwierdzeniem "zareaguje na zaczepki tych tępych klawiszów i sobie ich zaatakuje, bo przecież nie do tego oni dążą". Lepszy nie jesteś! - fuknął w kierunku Osy - i bez komentarza!
No i rzecz jasna wrócił do opierdzielania nadzorców. Dało się jednak wyczuć w nim zmianę tonu. W odniesieniu do Morozowa był bardziej życzliwy i od biedy dało się w nim wyczuć charakterystyczne dla persony terapeuty rozbawienie. Gdy "czerwoni" dali mu klucz i pokuśtykali do lekarza westchnął cicho i spojrzał nieodgadnionym wzrokiem na Saszę.
- Zaklaskałbym na te jakże ładne poderwanie dupy z podłogi i zapalenie papierosa pomimo skutych rąk, ale jakoś mi się nie chcę - prychnął i otworzył drzwi od swojego gabinetu - zapraszam w moje skromne progi, panie olbrzymie numer 303. Jakim cudem w tym więzieniu są same osoby mające ponad dwa metry?
Pokręcił głową jakby z niedowierzaniem. Gdy tylko więzień wszedł do pokoju rozkuł go, klucz od kajdanek chowając do kieszeni. Chwycił z krzesła torbę lekarską i przyjrzał się dokładniej mężczyźnie przed sobą. Na oko ponad dwa metry, dodatkowo całkiem niebrzydki, posiadający sporą dozę siły. Musiał mieć przeszkolenie wojskowe albo coś podobnego biorąc pod uwagę fakt, że z całkiem nie dużymi obrażeniami poradził sobie z czterema uzbrojonymi klawiszami. Żeby nie przyszedł piąty, mogłoby się to gorzej skończyć. Przypomniał sobie przez chwilę opinię o Saszy: "To zwierzę! Dziki, brutalny, agresywny i nie myślący", "To że jest spokojny to cisza przed burzą", "Wiesz, jakie popełnił morderstwa?". Przykładny człowiek, a nie zwierzę. Zwierzę nie morduje bez powodu i nie torturuje. No ale wiadomo, o co chodzi z porównaniem. Jednak żaden człowiek nie popełnia szeregu morderstw bez powodu. Praktycznie każdy mści się za swoje krzywdy. Za to, że ktoś ich zranił, za to, że ktoś ich zdradził. Wyładowują w ten sposób frustrację za to, co kiedyś sami przeżyli. Dlaczego ty mordowałeś, Saszo? Co się do tego skłoniło? Czy wewnątrz siebie nadal jesteś dobry? Ponownie terapeuta uważniej przyjrzał się Osie. Powinien zobaczyć jego ciało, czy niema blizn, a jak tak, to poznać ich pochodzenie. Czasem można rujnować psychikę i ciało, czasem tylko psychikę, a czasem tylko ciało.
- Wiesz, zaproponowałbym ci kawę bądź herbatę, ale mógłbym wpierw zająć się twoimi obrażeniami? Podejrzewam, że jesteś dosyć ciężki, a nie uśmiecha mi się targanie twojego trupa do kostnicy. Poza tym... - zmierzył go wzrokiem - powiedziałbym, że już cię lubię, ale jak na razie sobie podaruję tę kwestię.
Podszedł do niego wolnym krokiem i ręką wskazał na krzesło, jakby się w ten sposób pytając "usiądziesz?"
Powrót do góry Go down
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 20:09

Sasza musiał zareagować na ich zaczepki. Nigdy się nie przyznał, w sumie nawet nie mial pojęcia o tym, że to, co zmusza go do reakcji na tego typu "zaczepki" jak jasna aluzja do gwałtu, był strach. Ukłucie paniki. Nie rozpoznawał ich zupełnie jakby te dwa słowa i ich synonimy wyciął nożyczkami ze słownika. 
- Nie ja macałem się po tyłku. - mruknął już kiedy byli sami na korytarzu, czując potrzebę uniewinnienia się chociaż w jakiejś części. Dopalił papierosa, podszedł do kosza, zostawiając za sobą krwisty ślad. Zgasił żar i ruszył do gabinetu bez słowa, nie dbając o to, że nabrudzi. 
- Niźsi już nie żyją. - rzucił obojętnie i wbił wzrok w poobcierane kajdankami nadgarstki. Przy nim zawsze używali kajdanek bez łaczenia w postaci łańcucha. Nauczyli się, że potrafi je rozerwać, że potrafi złamać sobie nadgarstek, żeby wyciągnąć jedną dłoń. Wracając jednak... Obtarcia nie były tylko z dziś, było to widać. gdyby były z dziś, byłyby czerwone, różowe a w rzeczywistości były czerwone i sine, w dodatku niżej przy dłoni widać było białe blizny. Morozow pierwsze rany od kajdanek miał okazję oglądać już w wieku trzynastu lat i od tamtej pory wiedział jakie to uczucie, kiedy uwalnia się zranioną skórę, by rozdrapać ją na nowo następnego dnia.  Patrzył przez chwilę obojętnym wzrokiem, po czym błyskawicznie przeniósł spojrzenie i wbił je w jego oczy. Milczał chwilę.
- Obrażeniami? A co, jest mi coś, co mogloby mnie zabić? Czegoś nie zauważyłem? Nic mi nie jest, odchrzań się. - rzucił ostro, ignorując całkowicie drugą część wypowiedzi. Mimo wszystko usiadł na krześle, pochylając się w przód i opierając łokcie na kolanach, i spuszczając głowę tak, by włosy zasłoniły jego twarz. Nie był to smutek, nie był to żal. Po prostu był zmęczony. Odetchnął głębiej by po chwili odchylić się i usiąć prosto. Zaczął się rozglądac po gabinecie, ale kątem oka patrzył na lekarza. Nie chciał byc dotykany. Nigdy.

_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Nie 23 Cze 2013 - 20:54

Cóż, gdyby wiedział o takiej reakcji rozpoznałby, co każe Saszy zachowywać się tak, a nie inaczej. Był obserwatorem bo musiał nim zostać. Mało kto tak jak on po jednym błysku w oku potrafi stwierdzić, co to było za uczucie, z czego ktoś się cieszy, bądź na co się gniewa. Wiele potrafił zrobić kompletnie nie znając kogoś, a widząc jego poszczególne reakcje. Na odległość widział spięte mięśnie, minimalne zmrużenie oka. Każdy sygnał uśmiechu lub ataku. Miał łatwiejsze dzieciństwo niż Sasza, jednak szybko się uczył.
- Cicho. Ja to rozumiem, ale sam dobrze powinieneś wiedzieć, jacy są nadzorcy - mruknął uspokajającym tonem - niscy czyli mający metr dziewięćdziesiąt?
Terapeuta patrzył się na jego nadgarstki krótko, ale starając się dostrzec szczegóły. Z zaciekawieniem zerknął na dłoń Saszy, marszcząc delikatnie brwi. Widział coś na skórze, ale nie mógł tego odczytać. Równie dobrze mogły być to jakieś plamki i jak na razie zostawił ten temat w spokoju.
- Mój drogi, sprawa pierwsza, każda z ran wymaga oczyszczenia, bo w innym wypadku może wdać się zakażenie, sprawa druga, rana na udzie jest stosunkowo płytka, ale przydałoby się ją zszyć, sprawa trzecia, oberwałeś kopniakami, więc pewnie masz opuchniętą skórę w okolicach żeber, ewentualnie jest jakieś złamanie. No i sprawa czwarta, jesteś silny, Morozow, ale nie jesteś cyborgiem. Pogódź się z tym - powiedział, prawie że łagodnym tonem.
Po postawie terapeuty można było stwierdzić, że nie lituje się nad mężczyzną, tylko naprawdę chce mu pomóc. Jednocześnie nie zmuszał go do niczego.
- Ewentualnie mogę dać ci igłę, nici chirurgiczne, opatrunki, bandaż elastyczny, torebkę z lodem i środek dezynfekujący, jeśli naprawdę nie chcesz, bym się do ciebie zbliżał - rzekł po chwili bardzo wolno.
Już samo to instynktownie dało mu do myślenia. Więźniowie z reguły nie pozwalali się dotknąć i obserwowali go czujnie, gdy chciał im pomóc z ich obrażeniami. Jednak dla niego zawsze był to, chcąc nie chcąc, nieświadomy objaw strachu. Może przez nadzorców, ale może mieć to także odniesienie do przeszłości. Ciężko stwierdzić. W każdym bądź razie wyjął z szafki kopię akt Saszy i przewertował je powierzchownie.
- Aleksandriej Morozow, pseudonim Sasza, tak? Wolisz zwracanie się per "pan" i po nazwisku, imieniu, czy mam przejść na "ty"? - coś po chwili przykuło jego uwagę i zerknął odruchowo na kalendarz - no tak. Ja i moja pamięć do dat. Piętnasty maja jest dzisiaj. Wszystkiego najlepszego, tak na marginesie.
Puknął się lekko w czoło. Żył w nieco innej rzeczywistości i tak właściwie... o Boże, dla niego nadal był marzec. Ups.
Powrót do góry Go down
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Pon 24 Cze 2013 - 0:01

Ignorował go, ale słuchał uważnie. Rozwalił się na krześle i sięgnął po pierwszy lepszy przedmiot, który wpadł mu w rękę - plastikowy kubek - i całe swoje zainteresowanie skupił na nim, obracając go w dłoniach i studiując fakturę załamań, slużących temu, by nie wyślizgiwał się z rąk. Przedmiot wydawał się w jego dłoniach mały. Morozow miał długie i szczupłe palce, tak samo nadgarstki, co kontrastowało nieco z umięśnionymi ramionami i solidną budową mięśni w obręczy barkowej. Skóra jego dłoni była mocno napięta i zniszczona. Widać bylo, że kiedyś miał codzienną styczność z ciężką pracą powodującą odciski i obtarcia, a także oparzenia od środków chemicznych - detergentów i kwasów. I właśnie to te spracowane ręce o arachnodaktylicznych palcach (długich i szczupłych jak nogi pająka) rzucały się w oczy w kontraście z małym przedmiotem bez żadnej skazy. Morozow ścisnął gwałtownie kubek w dłoni, sprawiając że popękał w kilku miejscach z nieprzyjemnym trzaskiem. Nie odrywając od niego pełnego sztucznej fascynacji wzroku, odpowiedział lekarzowi całkowicie neutralnie. 
- Mam pęknięte czwarte i piąte żebro licząc od góry, prawdopodobnie lekką odmę... - urwal i podciągnął czarny podkoszulek. Wyprostował się, dotykając bolącego miejsca, bardziej z tyłu klatki piersiowej. Skóra nie była opuchnięta. Lekarz mógł za to zobaczyć równiutką jak odrysowaną od linijki, bliznę dokładnie na środku klatki piersiowej osy, jakby chirurgiczną, ale raziło w oczy jej niewytłumaczalne umiejscowienie. Żadna operacja nie zostawiała takich blizn. Szczególnie, że nie mial historii chorobowej, a w aktach wojskowych wsuniętych w jego akta więzienne były wymienione niewielkie urazy. Ponadto od razu bylo widać, że zbliznowacenia sięgają aż do kości mostka - była mocno wypukła. -...zamkniętą opłucnową. Tak czy siak, niewiele z tym zachodu. Do zestawu "Małego Chirurga" dorzuć igłę i strzykawkę. Sam sobie poradzę.  
Odmę rozpoznał po duszności i trzeszczeniu płuca, ale nie były to tak intensywne objawy, żeby uznać owy uraz za niebezpieczny. Ponadto wiedział co mówi, chociaż zapewne moglo to wywoływać nie lada zdziwienie, że aż tak dobrze potrafi rozpoznać co mu jest. Opuścił materiał podkoszulka, zasłaniając mleczną skórę i skazę na niej. 
Na wspomnienie o urodzinach, skrzywił się mocno i odwrócił wzrok. Odruchowo spojrzał na wytatuowany napis na lewej dłoni. Znajdował się on dokładnie wzdłuż kości śródręcza połączonej z palcem wskazującym. Nigdy nie obchodził urodzin. Ani razu w życiu. Wiedział, kiedy powinny być, bo zostały wpisane w legitymację szkolną. Ale i tak tylko Misza, jedyny raz w jego życiu, życzył mu najlepszego. Dlatego spojrzał wzrokiem pełnym irytacji, pod którą kryła się dzika furia, a którą hamował skrupulatnie. 
- Nie mów do mnie Aleksandriej.- wyrzucił z siebie odruchowo jeszcze w trakcie jego wypowiedzi.- "Pan" tym bardziej. W ogóle odpierdol się ode mnie, nie chcę twojej pomocy. -Nie chcę niczyjej pomocy. - pomyślał, wstał i ruszył z gniewną miną do wyjścia, zaciskając dłonie w pięści. Wspomnienie Miszy, który w trakcie ćwiczeń poligonowych dogonił go i szepnął do ucha: "Wszystkiego najlepszego, bestio" po czym zwalił go do rowu z błotem, było zdecydowanie zbyt żywe. Musiał wyjść. Natychmiast. Dusił się w mieszaninie bólu, rozgoryczenia, tęsknoty i wiecznej miłości, która nie chciała zgasnąć. Na zewnątrz było widać tylko niewytłumaczalną agresję, gniew i zbierającą się w rękach siłę do uderzeń. Zatrzymać można go było tylko słowami, gdyby terapeuta stanął mu na drodze, Morozow skręciłby mu kark.

_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Pon 24 Cze 2013 - 18:47

Śledził uważnie poszczególne ruchy mężczyzny, koncentrując swoje spojrzenie przede wszystkim na dłoniach Saszy. Po chwili przeczytał całe akta Morozowa w nad wyraz szybkim tempie, przy czym zapamiętując najważniejsze dla siebie informacje. Po tym uniósł wzrok z zamyśloną miną. Niektórych blizn nie mógł dostać w wojsku, a mało było o Saszy do tamtego okresu, jednak aktualnie lekarz skoncentrował się na czyś innym. Piętnasty maj pokrywał się z datami, kiedy Sasza zamordował dowódcę swojego oddziału i zdezerterował. A o reszcie zbrodni nawet on słyszał, pomimo tego, że wtedy znajdował się w Anglii i studiował medycynę. Dalej jednak idąc terapeuta stworzył w myślach swego rodzaju listę, na której na pierwszym miejscu znalazła się pogawędka z Siewerinem, na drugim zadzwonienie do Dymitra i spytanie, czy nadal ma kontakty z wojskowymi, na trzecim... musi wypisać sobie prawdopodobne powstanie poszczególnych blizn Saszy. Łojoj, roboty od cholery. Ocknął się tak właściwie dopiero w momencie, gdy kubek zatrzeszczał w dłoniach młodego Morozowa.
Dalej słuchał go uważnie, jednocześnie patrząc się czujnie na jego bliznę. W swojej historii widział takie tylko parę razy i było to raczej dla elastycznego wyglądu trupa, niż z powodu martwienia się o jego zdrowie. Był parę razy na sekcji, niektóre nawet prowadził. Pasowało jak ulał, ale z drugiej strony... mógł się mylić. Teraz to persona Saszy mocno zbiła go z tropu, aczkolwiek nie zamierzał się poddawać. Ze stoickim spokojem wysłuchał jego słów, jednakże do wcześniejszej opinii dodał też sporą odporność na ból fizyczny i dobre wyczucie własnego ciała. Do tego najprawdopodobniej był ostrożny, być może nie lubił dotyku, jednak to ostatnie było ruchomą kwestią. Podszedł bliżej Saszy zatrzymując się krok przed nim i po prostu podał mu swoją lekarską torbę. I tak nie miał tam żadnych wypełnionych czymś substancji, ewentualnie tabletki przeciwbólowe. Musiał sobie pouzupełniać zapas.
- W niczym nie dasz sobie pomóc, prawda? - spytał, a właściwie stwierdził, cofając się dwa kroki w tył.
Później podążył automatycznie za jego spojrzeniem na dłoń. A za cholerę nie mógł odczytać napisu, miał dobry wzrok, jednak bez przesady. Dziwne jednak było to, że najmniejsze spięcie obojętnie którego mięśnia bądź błysk w oku dostrzegał od razu, a tego nie. No cóż, tak to chyba w życiu bywa i tyle. Nikt nie jest doskonały. W każdym bądź razie zauważył zmianę w zachowaniu Saszy i automatycznie zmusił się do wyłączenia instynktu samozachowawczego, który kazał mu natychmiastowo opuścić pomieszczenie. Robił tak za każdym razem. Nigdy nie pozwalał, by strach przed więźniem, który rzeczywiście może zrobić mu sporą krzywdę, wziął nad nim górę. Głupie? Może. Gdy ten wstał odczekał chwilę, jakby upewniając się co chce powiedzieć.
- Sasza... zdjęcia mają dla Ciebie sentymentalną wartość? - spytał się ni z tego ni z owego.
Nie starał się go zatrzymać siłą, czy krzykiem, tylko zadał pytanie. Pozostawiał mu wybór, wyjdź i duś to w sobie albo zostań i pogadaj chociażby na błahe tematy. Prawdopodobnie nawet pozwoliłby mu zniszczyć część sprzętu w gabinecie.
Powrót do góry Go down
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Wto 25 Cze 2013 - 8:30

Prawie zawył slysząc jego pytanie. Czy on był...nienormalny? Terapeuci mieli pomagać, nie strzelać ze śrutu w najczulsze punkty. Pomijając już fakt, że spokój w głosie mężczyzny działał mu na nerwy. Tak czy inaczej lekarz osiągnął zamierzony efekt. Morozow zdał sobie sprawę z tego jak kiepsko musiało to wyglądać w oczach Nikolaja. Poruszył zwykły temat, Sasza normalnie by się tak nie uniósł chyba nigdy. Nie znosił odkrywać kart, a to, co czuł sugerowało, że to właśnie zrobił przed chwilą. Powód tego calego podenerwowania był prosty - 15 maja. Dzień, który znaczył krwawą ścieżką szlak w życiu osy. Po kolei od samego porodu, kiedy zginęła jego matka i nadano mu imię, pierwsze lepsze; przez stratę Miszy, w sumie jedynej osoby, która kiedykolwiek próbowała go zrozumieć; przez dezercję z wojska i pierwsze morderstwo; przez akt kanibalizmu na adwokacie; aż do dzisiaj, kiedy pobil swój rekord ilości klawiszy, których jest w stanie powalić. Z tego ostatniego wcale nie był taki dumny jak się wydawać mogło. Musiał jakoś naprawić ten błąd. Ten ból trzeba było zepchnąć w sobie najdalej jak się dało. Zrozumiał, że lekarz chce go zatrzymać, ale pozostawia mu wybór. Jeżeli miał jakkolwiek to naprawić...
Wziął niesłyszalny, ale niezwykle głęboki oddech, przymykając na chwilę oczy i odpływając gdzieś myslami. Zawsze stosował tą technikę w najgorszych sytuacjach. Uspokajała drżące ręce, trzepoczące się w piersi serce, odrywała od bólu zarówno życiowego,  jak i fizycznego. Nauczył się ją stosować, kiedy miał trzynaście lat i relacja z ojcem przybrała gwałtowniejszy obrót, wzbogacony o stosunki płciowe. I tylko dlatego zniósł każdy ból, jaki mu zadano. A potem zmuszony był nauczyś się w ten sposób uspokajać także kotłowaninę myśli, tak jak to robił w tej chwili. Najważniejsze jednak jest to, że trwało to sekundę, może dwie. Kiedy wrócił, miał już więcej spokoju i rozwagi w oczach. 
- Nie wiem. Jedyne jakie znam, to te z akt. - obrócil się do niego przodem, prezentując mu idealną maskę, którą nosił na codzień, a którą tylko na chwilę udało się poluzować.  Jej perfekcja polegała w dużej mierze na połączeniu opanowania z elastycznością. Miał na twarzy lekko kpiący uśmieszek, a w oczach czaiło sie realne rozbawienie. Jeżeli Sorokin był mistrzem obserwacji, spotkał ciężkiego przeciwnika, bo Morozow potrafił nie tyle udawać, co wzbudzać w sobie wybrane uczucia tak, że były one całkowicie szczere i tylko ich pochodzenie było niewytłumaczalne. Natomiast nigdy nie potrafił ich nazywać. 
Zerknął na torbę lekarską, a potem na obficie krwawiące udo. Westchnął i wrócił na krzesło, siadając na nim i oceniając priorytety. Z torby wyjął opatrunki, rozerwał opakowanie zębami i przyłożył opatrunek tamujący. Tylko dla tego, że po chwili "wrzucił" ze zduszonym syknięciem wybity bark na swoje miejsce. Poruszał nim chwilę, żeby pozbyć się bólu.  Następnie błyskawicznie złozył strzykawkę, zdejmując podkoszulek.  Oddychał  chwilę z zamknietymi oczyma wodząc palcami po skórze i kalibrując ukłucie. W końcu wbił strzykawkę między żebra, pod kątem, żeby dosięgnąć odmy pod żebrem. Powietrze z sykiem uleciało przez pozbawiona tłoka tubę strzykawki. Morozow lekko zakasłał i odłozył strzykawkę obok krzesła. Zerknął na Sorokina, pokręcił głową i zdjął spodnie, nie cackając się ze sobą ani trochę.  Sięgnął do torby po środek odkażający, ale na nazwę tylko skrzywił się bez zrozumienia i powąchał z pewnej odleglości jego zawartość. On nie znal się na terminologii, ale pamiętał zapachy, kolory, gęstości i właściwości. Nauczył się tego przy ojcu, a podszkolił przy Miszy. Najpierw wylał odrobinę na dłonie. Był to środek na bazie alkoholu, nie spirytus. Wtarł go w ręce i pomachał nimi dla osuszenia. Ściągnął część opatrunku z uda i sprawnie zaczął oczyszczać brzegi rany. Kiedy skończył z daną partią, odkrywał następną, aż oczyścił całą ranę i przyjrzał jej się krotko. Była głęboka, przydaloby się założyć dwa szwy na mięsień. Westchnął ciężko, ale bez specjalnych oporów połączył odpowiednią igłę, o elastycznym zastosowaniu z nicią chirurgiczną wchłanialną(nawet to jako tako rozpoznawał, chociaż nie umial nazwać), z torby ówcześnie wyjmując kleszcze do igieł i nożyczki do szwów. Sprawnie złapał wszystko w lewą(była troche pewniejsza niż prawa) dłoń, drugą pozostawiając do manewrowania. I dopiero wtedy obdarzył lekarza spojrzeniem z nieprzyjemnym błyskiem w oczach. 
-Będziesz mi się patrzył na ręce? - spytał, mrużąc oczy badawczo. - Wiem, co robię. Zszywałem swoich i fastfoodożernych w Iraku. - dodał, mając na myśli amerykanów oczywiście. Ale i tak było mu obojętne czy patrzy, czy nie. Przymknął oczy na chwilę, jakby zbierając siły, a kiedy je otworzył, wsunął długie palce w ranę i zaciskając szczękę sprawnie założył wyżej wspomniane dwa szwy mięśniowe. Wziął jeszcze gazik i osuszył delikatnie tamto miejsce, żeby się przyjrzeć. Normalnemu człowiekowi ręce trzęsłyby się już i z wyczerpania i z bólu. Osie tylko nieco zwilgotniało czoło. Bez chwili przerwy zaczął zszywać ciągłym długą ranę na udzie. Robił to sprawnie i szybko, być może dlatego, że na sobie i miał ograniczoną cierpliwość do tego typu rzeczy. Kiedy skończył odchylił się na oparcie krzesła, wrzucając igłę do "świeżego" plastikowego kubka. otarł nadgarstkiem pot z czoła i dopiero po chwili zabrał się za ponowne oczyszczenie, tym razem już pod opatrunek właścwy. Już miał dość, dlatego kiedy wszystko zabezpieczył, założył spodnie i podkoszulek, rozwalił się na krześle ciężko i zamknął oczy, potrzebując chwili przerwy.

_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Wto 25 Cze 2013 - 9:49

Cóż, owszem, był nienormalny, jeśli mamy mówić szczerze. Jego zachowanie zawsze było inne, odbiegał od większości norm, nawet swojego zaburzenia. Nie mniej jednak każde jego działanie było przemyślane. Żeby sprawdzić co boli, trzeba dotknąć tego miejsca. Nie czytał jemu w myślach, to było pierwsze spotkanie, jednak lekarz nie chciał od razu wyrabiać sobie opinii o młodszym Morozowie. Już zdążył częściowo się dowiedzieć, że 15 maja jest datą z jakiegoś powodu ważną, ale bolesną. Z drugiej strony nie zamierzał naciskać i dręczyć go przez wypytywanie, bo po prostu zdawał sobie sprawę z tego, że koniec końców jedynie pogorszy to sytuację i w niczym najprawdopodobniej nie pomoże.
Obserwował go w takim wypadku spod półprzymkniętych powiek, czekając tym samym na reakcję, zapisując sobie przy okazji wszystko w pamięci. Znając jego, wieczorem będzie sobie analizował wszystko po kolei, znowu przyśni mu się siostra i a nuż wpadnie na coś więcej.
- Nie zależy ci, by mieć zdjęcie przedstawiające kogoś? - być może instynktownym odruchem musnął swój łańcuszek na szyi, zaraz to z powrotem opuszczając ręce luźno wzdłuż tułowia.
Owszem, jego ton cały czas był spokojny, jednak nie można było go mylić z beznamiętnością, w szczególności biorąc pod uwagę fakt, że spojrzenie terapeuty było z lekka ciężkie do odgadnięcia jakby sam nie wiedział, co w tym momencie czuje.
Ogólnie rzecz ujmując fakt faktem był doświadczonym już obserwatorem, a do tego zachował go wręcz ośli upór i duży instynkt samozachowawczy, który jednak z reguły "wyłącza". Odrzuca go po prostu, by nie przeszkadzał mu w pracy. Tak czy siak stosunkowo nagła zmiana zachowania Saszy, czy też raczej zmiana spojrzenia i wyrazu twarzy... terapeuta nie bardzo w to wierzył. Owszem, technika przywoływania wspomnień z reguły działała, ale na krótki okres czasu, potem wszystko robiło się sztuczne. No chyba że ktoś miał w tym wprawę. Ale jak na chwilę obecną nie zamierzał we wszystkim doszukiwać kłamstwa.
Dalej już tylko odrobinę zainteresowanym wzrokiem patrzył na jego poczynania, dopisując sobie do wizerunku Saszy umiejętność zapewne pierwszej pomocy i bardziej zaawansowanej pomocy medycznej. No i spora odporność na ból fizyczny, co też szło zazwyczaj w parze z wytrzymałością psychiczną, choć nie zawsze.
- Może. Jestem pod wrażeniem, bo nawet zgrabnie sobie z tym radzisz - wzruszył ramionami.
To nie był komplement, a stwierdzenie faktu. Gdy tylko ten skończył siebie opatrywać, wykonał niemal niezauważalny ruch głową w przód, wskazujący na to, że persona młodszego Morozowa po części zdobyła jego szacunek. Ale ten nie musiał o tym wiedzieć, nieprawdaż? Z dość nieodgadnioną miną przez chwilę patrzył na mężczyznę, by potem odwrócić wzrok i skoncentrować swe spojrzenie na widoku za oknem. Dawał Saszy czas na zebranie myśli bądź odpoczynek? Najprawdopodobniej. Dopiero po dłuższej chwili podszedł do szafki, na której miał swój czajnik elektryczny.
- Zaproponowałbym pomoc z bandażem elastycznym, ale to sobie podaruję. Chcesz kawy, herbaty, soku? - rzucił w miarę niezobowiązującym tonem.
Nie, nie planował od razu wypytywać skazańca o przeszłość. Dzisiaj raczej chciał się skoncentrować na czymś innym, choć pewnie zatrzyma go w gabinecie dłużej niż na godzinę. Nad tym jeszcze musiał się zastanowić.
Powrót do góry Go down
Sasza

avatar

Liczba postów : 35
Join date : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Wto 25 Cze 2013 - 19:19

- Jak już tak bardzo mialbym chcieć mieć jakieś zdjęcie, wybrałbym chyba to z moich akt, Annę Orłownę. Ładna babka, musiała być świetna, w końcu mnie urodziła. -rzucił beznamiętnym głosem, ale lekko się uśmiechnął kącikiem ust. - Mógłbyś mi ją pokazać? Dawno nie widziałem tego zdjęcia. - chciał je zobaczyć z ciekawości ile zapamiętał szczegółów. Pamiętał, że na zdjęciach we wspólnym albumie ojca i matki, wyglądała jak prawdziwy anioł z Nieba przy Siewerinie. Długie, białe włosy, mleczna karnacja, jasnoniebieskie oczy, niemal białe i okalające je białe rzęsy. Uśmiech i radość na twarzy, kiedy dłonią obejmowała wzdęty jak balon brzuch z nim w środku. Jedyne wspólne zdjęcie. Ironia losu.  - Pamiętam, że na tym zdjęciu był też mój ojciec. Czasami zastanawiam się, co by było gdyby przeżyła. I czy ... - chwilę się zastanowił - Siewerin. Czy był kiedyś lepszy niż po tym jak ją stracił? Pewnie tak. Przecież on też się tam uśmiecha, zdecydowanie inaczej niż kiedy dorastałem pod jego dachem. - Zdecydowanie inaczej niż ja, kiedy Misza był... Ostatnia część wypowiedzi była mniej neutralna niż reszta. Kryło się w niej coś nieprzyjemnego. 
Morozow nie otwierał oczu, praktycznie półleżąc na krześle. W powyższej wypowiedzi można było zauważyć coś bardzo istotnego. Sasza doskonale rozumiał dlaczego jego ojciec taki był. W dodatku, mimo tego iż wyraźnie nienawidził tego, co mu zrobił z życiem, nie winił go. On rozumiał jak to jest stracić partnera, którego kocha się na zabój. I to doświadczenie, które pozwalało mu to zrozumieć, dało się wyczuć, a przynajmniej lekarz na pewno to zauważył. Przecież osa niemal zaczął usprawiedliwiać ojca... tylko że Sorokin raczej nie miał pojęcia z czego. Widać było, że mimo bólu, żalu i goryczy, Morozow czuje więź z ojcem przez to, co obaj przezyli, każdy w swoim najlepszym momencie życia, które potem obróciło się do góry nogami i nie chcialo się poukładać. 
Westchnął lekko i otworzył ślepia, spojrzał na swoje dłonie, umazane we krwi i zaczął je wycierać w nieporwaną i suchą nogawkę spodni. Zdecydowanie udało mu się zepchnąć żal i gorycz w najdalszy zakątek duszy. Postanowił sobie też lepiej się pilnować, żeby zwyczajnie nie zdradzać się z niczym. To nie bylo ani trochę wygodne, kiedy ludzie poznawali jego historię. Albo chociaż część. Automatycznie cofali się, jakby sama wiedza miała moc, by zniszczyć także ich życie. Kiedy juz oczyścił dłonie, sięgnął po bandaż elastyczny. Faktycznie musiał załozyć go wokół pękniętych żeber. Zważył go w dłoni. Czuł, jakby instynktownie, że może się chociaż trochę otworzyć. Nie chciał, bał się trochę, że zaboli, ale postanowił przetestować to na jakimś mniej bolącym punkcie niż Misza, Siewerin i on sam jako ofiara. Zastanowił się i usiadł lekko pochylony, opierając łokcie na kolanach. 
- Jakby tak spojrzeć na to co mnie otacza, to od razu widać, że nie jestem ani trochę sentymentalny i tak naprawdę nie przywiązuję wagi do niczego, co materialne lub krótkotrwałe. Gdybym miał wybór, odszedłbym tak jak stoję. Tak, jak wtedy, kiedy uciekłem z domu. Chyba... nie, jednak nie. - urwał, żeby się nie rozpędzić. Już prawie wspomniał o Miszy. A to był zamknięty na tysiąc spustów rozdział. Koniec. Kropka. Na pytanie nie odpowiedział, chociaż nawet napiłby się, ale raczej czegoś chłodnego.

_________________
Powrót do góry Go down
Sorokin
Lekarz Terapeuta
avatar

Liczba postów : 105
Join date : 08/02/2013

PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    Wto 23 Lip 2013 - 8:56

Przekrzywił lekko głowę i skinął powoli głową, zaczynając kartkować wszelkie dokumenty, jakie o nim dostał. Z reguły starał dostać dosłownie wszystko, kartę zdrowia, dokumentację dentystyczną, zdjęcia rodziny, przyjaciół, ich imiona, nazwiska itd itp. W pewnym momencie wysunął ze sterty papierów zdjęcie i podszedł ponownie do Saszy. Nie było to wspólne zdjęcie rodziny Morozowa, tylko matki.
- Ciężkie przeżycia z reguły zmieniają ludzi. Z resztą, nam może się wydawać, że coś co przeżyła dana osoba jest drobnostką, ale dla tej "danej osoby" może być to najgorsza rzecz w całym życiu - powiedział wolno, jakby chcąc bardzo ostrożnie poruszyć ten temat.
Obserwował uważnie skazańca, stukając paznokciami o swoje udo. Myślał i to dość intensywnie. Analizował słowa Saszy, jego zachowanie i to co o nim słyszał. Czemu wspominał o ojcu? Skąd blizny, które udało mu się dostrzec? Z dzieciństwa? Może część z wojska? Skoro tyle żalu, może po części Siewierin maczał w tym palce, ale poniekąd syn go rozumiał? Tyle pytań, tyle niewiadomych. Informacje, dedukcja, wniosek, spróbowanie, by Sasza go potwierdził. Szykują się bezsenne noce. Bo nie tylko ta Osa zachowywała się tak, a nie inaczej, paręnastu innych skazańców też miało cięższy bagaż doświadczeń, niźli inni. A on za bardzo się nimi przejmował. O Jezu, w poprzednim szpitalu brany za faceta, który lód by zamroził swoim chłodem, a tu jednak jakaś empatia się kryła. No, ale nieważne, nie odbiegajmy od tematu. W każdym bądź razie instynktownie podał mężczyźnie chusteczki higieniczny, w sumie to je rzucił do Saszy bez żadnego słowa.
Żadnej sprawy nie zamierzał zostawiać bez słowa. W końcu każdy zasługiwał na drugą szansę, bez względu na to, co zrobił. Tak czy siak czekał. Czekał, aż ten zacznie coś mówić, nie poganiał go. Nie z litości, bo sam tego nienawidził, tylko z powodu własnych przekonań. Jeśli Morozow będzie chciał to powie, nie zamierzał go do niczego zmuszać, bo jedynie przyniesie to gorsze rezultaty.
- Wiele ludzi jest sentymentalnych, a choćby nawet w malutkim stopniu, chociaż o tym nie wiedzą. Też nie przywiązują się do rzeczy materialnych, ale do wspomnień owszem. Dobrych, złych, analizują je, czasem nawet nimi żyją. Albo po prostu czasem lubię je sobie przypominać - powiedział, instynktownie pocierając medalik między palcami.
Szybko zauważył u siebie ten odruch, ręka zamarła, a potem opuścił ją luźno wzdłuż boku. Jak było wspomniane, nie naciskał, chociaż wyczuł, że Sasza z rozpędu prawie powiedział coś więcej. To nic. Jak na pierwsze spotkanie i tak jest bardzo dobrze. A tak na marginesie soki trzymał w szafce, w cieniu, więc były takie w miarę chłodne, ale na pewno nie zimne. Szafka nie lodówka. Wracając jednak do sytuacji, zrobił sobie kawę, upił łyk, odłożył ją na biurko i ponownie podszedł do Osy. Ukucnął przed nim, pozwalając ty samym, by w tej sytuacji nad nim górował.
- Możemy zawrzeć pewną umowę, Sasza? Chciałbym, żebyś odpowiadał mi na każde pytanie, ale jak, to zależy od ciebie. Wzruszenie ramion, skinięcie głową, machnięcie ręką, tak, nie, zdaniem pojedynczym, złożonym... jak chcesz, bylebym tylko wiedział, czy mogę dalej pytać, mam przerwać czy raczej mam się odpieprzyć od danego tematu. W wypadku tej ostatniej opcji, nawet mnie uderz, jeśli będziesz miał taką ochotę, tylko jak w twarz, to może lepiej żebym później nie miał jakiegoś limo. Nie dość, że będę musiał się tłumaczyć przed klawiszami to jeszcze przed szwagre...przyjacielem. A jak powiem "spadłem ze schodów" mogą na mnie dziwnie patrzeć. To jak, może tak być/- rzucił nawet lekkim tonem, chociaż w spojrzeniu nadal było dużo powagi.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: 15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.    

Powrót do góry Go down
 
15 maja 2013r - Kot spada na cztery łapy, anioły na kościsty tyłek.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Domy w Hogwarcie
» Łapy, łapy cztery łapy... :3
» Otwórz książkę
» Zamiana user-postać (MG: (brak) Austria)
» Cztery flagi

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Organizacja :: Kartoteka :: Historie-
Skocz do: