<br><br>
<span style="font-size: 18px;"><strong>Nowy Delfin Zaprasza : </strong></span><br /><br /> <a href="http://czarnydelfin.forumpl.net"><img src="http://imageshack.com/a/img268/2677/8lpv.png" /></a>


.
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Sasza Morozow - Kronika Upadłego Żolnierza {Autoretrospekcja}

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Konstantin

avatar

Age : 30
Liczba postów : 141
Join date : 02/01/2013

PisanieTemat: Sasza Morozow - Kronika Upadłego Żolnierza {Autoretrospekcja}   Sro 9 Sty 2013 - 23:42



0.

Dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Było lato, a on musiał sterczeć na warcie jak jakiś pojeb. Pot ściekał mu po plecach i zabarwiał mundur na ciemniejszy kolor. Znajdowali się tu już trzeci tydzień. Rosjanie i ich niewielka pomoc dla wojny Amerykanów w Iraku. Tak się o tym mówiło - ich wojna. Nie nasza. Ruscy byli ponadto. Niechętnie zebrali się z bazy wojskowej w Moskwie i ruszyli tyłki do Iraku. Tu było o wiele goręcej - i w sensie przenośnym i w dosłownym. Ryzyko, że w każdej chwili może spaść na głowę bomba było podniecające.
Sasza otarł pot z czoła i zaklął pod nosem. Miał już dość tego sterczenia na warcie. Musiał stać, bo tak mu kazano. Usiadł na ziemi i oparł się o ścianę prowizorycznej bramy prowadzącej do koszar. Przymknął oczy.

Obudził go charkot silnika i zapach spalenizny. Spojrzał nieprzytomnie przed siebie i zobaczył pancerniak. Do połowy spalony i ostrzelany. Zerwał sie na równe nogi i otworzył bramę. Samochód ledwie wtoczył się do koszar, a silnik zakasłał i zdechł. Sasza mimo wyraźnych poleceń oficera, opuścił stanowisko i pobiegł do nich. Kierowca wytoczył się z pancerniaka i upadł. Żołnierz był ranny w głowę, krew ściekała mu po czole i oczach.
- Cholera. - zaklął Sasza i doskoczył do kierowcy, jakby nagle sobie o czymś przypomniawszy. - Gdzie Iwanow? Gadaj!
Złapał go za ramiona i potrząsnął. Strzelił go lekko w pysk. Iwanow był najlepszym przyjacielem Saszy, chociaż ten nie przyznałby się do tego na mękach.
Z pancerniaka dobiegł go stłumiony jęk. Puścił kierowcę i otworzył drzwi. Zmroziło go. Z piętnastu żołnierzy wróciło trzech. W tym kierowca. Jednym z nich był Michaił Iwanow. Sasza rzucił się ku niemu, do środka furgonu. Blondyn spojrzał na niego mglistym wzrokiem.
- Iwanow!
Przyjrzał mu się, jego serce biło przy tym w rytm mysiego. Michaił miał poszarpane ubranie. Wszędzie było pełno krwi.
- Nogi. - stwierdził Sasza, zauważając ich brak. Całe życie z niego uszło i wmawiał sobie, że nie ważne, że będzie jakoś z tym żył.
- Sa...
- Cicho. - powiedział pokładając mu rękę pod głowę. - Nie dramatyzuj, nic ci nie będzie.
Oceniał obrażenia.
- Sasza... - wymruczał Michaił. Żołnierz spiorunował go wzrokiem, ale spojrzenie to złagodniało, kiedy spotkało się z zasnutymi mgłą oczyma przyjaciela. Ten jęknął, jego ręka drgnęła jakby chciał ją podnieść.
- Nie. -powiedział Sasza i krzyknął: - Lekarz, do cholery!
Patrzył z wyczekiwaniem przez uchylone drzwi pancerniaka. Kiedy spojrzał na Michaiła, było już po wszystkim. Zobaczył jego niewidzące oczy.
- Michaił. - potrząsnął nim w beznadziei. - Nie. Michaił. Nie.
A potem szlag go trafił. Wyskoczył z pancerniaka, upadł na kolana i zaczął wrzeszczeć co sił. Jego przyjaciel umarł na jego rękach, a on nawet nie zdążył powiedzieć... nic. Ktoś złapał go za ramiona i postawił na nogach. Sasza przylutował mu i pobiegł do namiotu oficera. Odmeldował się i wyciągnął pistolet, wycelował w swoją głowę. Kiedy strzelił ktoś go popchnął. Kula przeszła przez ramię ale on nie czuł bólu fizycznego.
Nie zjawił się na pogrzebie.


1.
When we met...


2006 czerwiec



Aleksandriej Morozow
34 pułk, 15.05.1987



Sasza uważnie przyglądał się wybitemu nieśmiertelnikowi.

- Zgadza się. - mruknął niechętnie. Nienawidził swojego pełnego imienia. Kojarzyło mu sie tylko z jego patologicznym dzieciństwem, które sprawiło, że był taki a nie inny. Przeczesał kruczoczarne włosy palcami i założył na szyję nowiutkie blachy. To wszystko było nowe. Pierwszy raz w wojsku, kolejny raz gdzieś, gdzie będą go traktować jak szmatę.

- Następny.

No tak. Zupełnie jak w fabryce. Morozow ruszył się z miejsca, nie oglądając się. Zastanawiał się, co on tak naprawdę zrobił ze swoim życiem. Czy właśnie niezaprzeczalnie i nieodwołalnie je rozwalił na drobne kawałki? Chociaż... To raczej było mu pisane odkąd ojciec zaczął się nad nim znęcać. Co do matki... Pewnie by mu pomogła, ale nie żyła. Zmarła przy porodzie. Niestety, ale może na szczęście, bo pewnie okazałaby się bezsilna wobec Siewerina Morozowa. Ponure rozmyślania przerwał czyjś krzyk.

- Kolego! - czyjaś ciepła dłoń pacnęła go w ramię. Coś wewnątrz jego łba zagotowało się ze złości.

- Nie dotykaj mnie. - mruknął, idąc dalej i nie zatrzymując się. Jednak tamten nie zrezygnował tak łatwo. Nie dość, że go dotknął, to w dodatku złapał za ramię i pociągnął w tył. Sasza niezbyt by się przejął, w końcu miał swoje prawie dwa metry wzrostu i niełatwo go było wytrącić z równowagi motorycznej, gdyby nie to, że był strasznym awanturnikiem. Natychmiast się obrócił z zamiarem przydzwonienia kolesiowi w pysk. Tyle, że spojrzał za nisko. Spodziewał się klasycznych rozmiarów przeciwnika, a tymczasem... Jego wzrok powędrował wyżej. Na poziomie jego oczu znajdowały się intensywnie zielone ślepia. W porównaniu do jego niemal bezbarwnych szarych tęczówek, te aż błyszczały jak fluoresencyjne.

- Czego? - warknął z przyzwyczajenia. Zawsze robił wszystko, żeby jak najmniej się podobać ludziom. Co było oczywiście ciężkie, ze względu na jego niezwykłą urodę.

- Poluzuj gumę. Idziemy z kumplami oblać ostatni dzień wolności. Idziesz z nami. - definitywnie to nie było pytanie. Morozow poczuł wyraźnie jak nieznajomy przekracza tą cienką granicę, przy której zachowywał sie jeszcze w miarę normalnie. Potem była jazda bez hamulców, Sasza dostawał ataku furii.

Zmierzył go wzrokiem, mrużąc wściekle oczy.

- Raczej nie. Kolego. – odpowiedział jadowicie.

Jednak ten się nie zraził. Uśmiechnął się tak samo złośliwie jak Sasza potrafił, po czym zwyczajnie przekroczył granicę I nachylił się do jego ucha, żeby rzucić uszczypliwym głosem:

- Mamusia ci zabroniła czy tatuś? – złapał za nieśmiertelnik na jego szyi i zdarł go z niej, po czym ruszył ze śmiechem w przeciwnym kierunku niż ten, w którym zmierzał wcześniej Morozow. A co na to Sasza? Stał przez chwilę jak zamurowany, po czym bez wahania rzucił się na jego plecy i złapał za szyję, dusząc.

- Oddawaj skurwysynu. Bo ci ujebię rączki. Albo łeb. – zablokował przedramieniem jego krtań, a drugą ręką szukał swoich nieśmiertelników w zaciśniętych dłoniach mężczyzny. Jednak nie zdążył ich znaleźć. Blondyn szarpnął się i wywalił ich obu na ziemię, przy czym Morozow był tym na dole. Odruchowo rozluźnił uścisk, walcząc z nagłą utratą powietrza, kiedy cielsko przeciwnika wycisnęło je z niego. A tamten tylko na to czekał. Przetoczył się, łapiąc go za ubranie i rolując ze sobą po piachu. Sasza bez wahania złapał go za ramiona i rąbnął nim o ziemię, siadając mu na brzuchu. Złapał za jego ręce i próbował wyciągnąć nieśmiertelniki gdy te po prostu wylądowały daleko od nich, w rękach jakiegoś chłopaka o krótkich szatynowych włosach. Nie zadawał pytań jak, dlaczego. Domyślił się, że znaleźli sobie kozła ofiarnego i będą się z nim bawić w głupiego Jasia. Niedoczekanie. Puścił rękę nieznajomego i wymierzył mu cios w twarz pięścią. A potem drugi. Jakież było zdziwienie Morozowa, kiedy zarobił kopa w nerki i nagle znalazł się pod spodem ze skrępowanymi rękami obok głowy.

- Co do twojej groźby… Raczej nie skorzystam. – zaśmiał się blondyn, siłując się z Saszą, żeby utrzymać jego ręce przy głowie. Naparł na nie prawie całym ciężarem ciała, pochylając się i zawisając nad nim. Uśmiechnął się złośliwie do nieznajomego.

- Raczej to baba w torbie cegłę niesie. – warknął i przekręcił biodra pod nim, a potem siłą rzeczy cały się obrócił, wyrywając dłonie i podnosząc się. Blondyn jednak nie dał za wygraną i zrzucony, ułożył się wygodnie na ziemi w pozie kanapowej podpierając głowę ręką i patrząc rozbawionym wzrokiem na Morozowa.

- Pójdziesz z nami? – spytał. – Nie masz wyjścia. Mamy twoje blachy, co nie Bastian?

Podążył za wzrokiem zielonookiego i spojrzał na szatyna z miną wyrażającą czystą niechęć.

- Tak jest! – Bastian stuknął butami, salutując koślawo i zaśmiał się.

- Skoro rzekomo nie mam wyjścia, to po co w ogóle pytasz. – uśmiechnął się ironicznie i kopnął piachem w stronę blondyna. Ten potrząsnął głową ocierając oczy z kurzu i wstał mrugając. Sasza uśmiechnął się złośliwie. – Pójdę. – zadecydował i podszedł do szatyna – Blachy. Już.

Bastian spojrzał na nieznajomego, jak dotąd nie przedstawionego. W końcu, ociągając się oddał mu nieśmiertelniki. Zielonooki klepnął go w ramię.

- Nie dotykaj mnie, bo nigdzie nie pójdę. – warknął poirytowany.

- Jasne, nerwusie. – zakpił i ruszył z szatynem przed siebie. Z westchnieniem Morozow podążył za nimi jak cień. To mógł być błąd. W ferworze kolejnego sporu chyba zamorduje blondyna. Bezimiennego. Nie czuł się w obowiązku pytać jak ma na imię. Po prostu ruszył za nimi bez słowa.


Powrót do góry Go down
 
Sasza Morozow - Kronika Upadłego Żolnierza {Autoretrospekcja}
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Tajemnicze miejsce w Zakazanym Lesie
» Kronika rodu Bolton
» Kronika rodu Dayne
» Kronika rodu Tarth
» KALONA - DEMON PRZEDWIECZNY

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Organizacja :: Kartoteka :: Historie-
Skocz do: